Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


Channel Description:

Znajdziesz u nas autorskie teksty popularnych blogerów, testy sprzętu i aplikacji, oraz wiele więcej.
    0 0

     asystent google microsoft

    Najnowsza z dostępnych u nas usług Google’a szczególnie dobrze radzi sobie – a jakże – z pozostałymi usługami tej firmy. A co jeśli korzystamy z konkurujących z nim usług Microsoftu? Kiedy Cortana w Polsce? Powiem krótko: nie mam dobrych wieści.

    Rynek inteligentnych asystentów głosowych możemy podzielić na trzy części. Jedna to rynkowi liderzy, do których zaliczymy odnoszące ogromne sukcesy Asystenta Google i Alexę. Druga to aspirujące usługi, takie jak ThinQ czy Bixby, których znikomą popularność na razie możemy jeszcze tłumaczyć ich młodym wiekiem. Trzecia grupa to swego rodzaju czyściec.

    Znajdują się w nim dwie weteranki tego rynku, które w czasach swojej świetności były na ustach wszystkich branżowych specjalistów, za które odpowiadają informatyczni giganci i które dały się wyprzedzić o kilka długości swojej konkurencji. Mowa tu o Siri od Apple’a oraz Cortanie od Microsoftu. Choć na marginesie warto jeszcze dodać, że wspólna obecność obu asystentek jest krzywdząca dla tej od Apple’a: Siri ma i tak nieporównywalnie wyższą konsumpcję ze strony użytkowników od Cortany.

    https://youtu.be/vi5fvMZu0Ko

    Co z tą Cortaną?

    Asystentka cyfrowa Microsoftu nie jest domyślnie instalowana na żadnym mobilnym urządzeniu. Nie trzeba jej instalować na komputerach z Windows (gdzie jej użyteczność jest ograniczona) oraz na konsolach Xbox One (gdzie, jeżeli miałbym uwierzyć społeczności subreddita „xboxone”, bardziej przeszkadza niż pomaga). Wraz z pożegnaniem Windowsa na telefony komórkowe Microsoft zamknął sobie drogę do ekspozycji swojej usługi użytkownikowi i pokazywania mu, że coś takiego w ogóle istnieje.

    Cortanę oczywiście można sobie doinstalować. Jest dostępna w bardzo funkcjonalnej i rozbudowanej wersji na Androida oraz mocno okrojonej na iOS-a (z uwagi na brak stosownych API w iOS, co daje Siri sztuczną przewagę nad konkurencją na tej platformie). Nietrudno się domyślić, że i tak niezbyt liczna grupa użytkowników Windows Phone i Windows Mobile zaczęła porzucać Cortanę na rzecz konkurencji wraz z wyrzucaniem na śmietnik starych telefonów. Asystentka Microsoftu nie ma też dostatecznej liczby argumentów, by w ogóle rozważać zainteresowanie alternatywnym względem domyślnego asystenta głosowego.

    Dlaczego te argumenty mają Alexa i Asystent Google? Użyjmy mądrego słówka: „ekosystem”.

    Niesłychana popularność głośników Echo wskazała nowy rodzaj urządzeń, gdzie asystent głosowy jest chętnie wykorzystywany przez swoich użytkowników. Mowa o urządzeniach IoT, stanowiących najczęściej elementy inteligentnego domu. A więc głośniki, domofony, lodówki czy mechanizmy oświetlenia czy ogrzewania. Niestety dla Microsoftu, producenci AGD widzą malejącą liczbę użytkowników Cortany i coraz rzadziej w ogóle rozważają ją w swoich produktach Internetu rzeczy.

    To już drugie z rzędu targi CES, na których Cortana była niemal nieobecna. Przytłaczająca większość produktów IoT wystawianych przez producentów polega na Asystencie Google lub Aleksie. Rozwiązanie Microsoftu znajdziemy w zasadzie tylko w głośniku Invoke, który według plotek nie znalazł niemal żadnego nabywcy oraz w słuchawkach nausznych z linii Surface. Oraz w kilku bardzo niszowych produktach.

     asystent google microsoft

    Widać to również w tak zwanych umiejętnościach (skills) Cortany i zainteresowaniu w tworzeniu ich przez programistów. Owe umiejętności to rozszerzenia od firm trzecich, dzięki którym asystent potrafi korzystać z usług innych firm (na przykład obsłużyć naszą bibliotekę na Spotify czy włączyć żarówki Hue w salonie). Dla Cortany powstało ich poniżej trzystu. Dla Alexy 50 tys. Nietrudno więc Google’owi czy Amazonowi przekonać użytkownika iPhone’a, by ten rozważył porzucenie mającej znacznie mniej umiejętności i funkcji Siri. Microsoft nie ma tak mocnych argumentów.

    Cortana ma jednak nieco zalet. Kiedy pojawi się w Polsce, by stawić czoła Asystentowi Google?

    Cortana obecnie dostępna jest w raptem 14 krajach. Co więcej, Microsoft nie wprowadził jej na żaden nowy rynek od ponad dwóch lat. I po prawdzie powoli trzeba zakładać, że usługa ta nowe rynki nie trafi już nigdy. Microsoft co prawda nadal daje szanse Cortanie, rozbudowując ją o nowe funkcje na wszystkich obsługiwanych platformach. Drugą ręką jednak nawiązuje współpracę z Amazonem, otwierając swoje produkty i usługi na Alexę. Coś jak nawiązywanie przyjaźni ze Spotify, gdy usługa muzyczna Microsoft Groove miała swoją jedną ostatnią szansę na sukces.

     asystent google microsoft

    Plan awaryjny Microsoftu zakłada, że Cortana pozostanie utrzymywana jako inteligentny pomocnik dla osób korzystających z Windows i usług Microsoftu, służąc jako użyteczny przewodnik po ich funkcjach w krajach, gdzie Cortana jest obsługiwana. Fundamenty Cortany, a więc zestaw usług chmury Azure, są sukcesywnie otwierane w formie API dla deweloperów, którzy zechcą tworzyć własnych, wyspecjalizowanych asystentów na swoje potrzeby działających na Azure.

    Innymi słowy, Cortana – jak niegdyś Groove – liczy na ostatni łut szczęścia, dzięki któremu mogłaby zdobyć tego rynku. Jeżeli coś się nie wydarzy, a nic na to nie wskazuje, asystentka Microsoftu do naszego kraju nie trafi nigdy.

    Czy Asystent Google współpracuje z usługami Microsoftu?

    Raczej wątpię, by ktoś zechciał korzystać z Asystenta oraz z wyszukiwarki lub map Binga. Niektóre usługi Microsoftu są jednak zdecydowanie warte naszej uwagi. Pocztę Outlook (wraz jej systemem kalendarzy i kontaktów) nadal wyżej sobie cenię nad Gmaila, podobnie jak dziesiątki milionów innych użytkowników. Xbox Live to jedna z największych platform dla graczy. A i Skype nadal jest bardzo popularny. Uwadze wszystkich poleciłbym też OneNote’a (wraz z idealnie nadającym się do integracji z Asystentem modułem Sticky Notes) oraz usługę do porządkowania zadań To-Do. No i nie zapominajmy o Office 365.

    Jak sobie radzi z nimi Asystent Google? Praktycznie wcale, bo Microsoft nadal nie zdecydował się napisać ani jednego rozszerzenia dla usługi swojego konkurenta, będąc wiernym sojuszowi z Amazonem. A to oznacza, że Asystent Google:

    • Obsłuży Skype’a, ale w sposób szczątkowy. Usługa Google’a da się oszukać, jeżeli aplikację Skype ustawimy jako domyślną do wykonywania połączeń telefonicznych. Zadziała to jednak tylko na Androidzie i tylko w przypadku wspomnianych połączeń. Wspomniana obsługa jest więc bardzo teoretyczna.
    • Obsłuży Pocztę Outlook, ale wyłącznie przez pośrednika. Będzie w stanie sprawdzić czy nie ma nowych maili, kontaktów i wpisów w kalendarzu, jeżeli Pocztę Outlook zsynchronizujemy z Gmailem za pomocą zapewnionych narzędzi. Nie będzie jednak potrafił stworzyć na Outlooku nowego maila czy dopisać wydarzenia do outlookowego kalendarza. Dodatkowo, wgląd do naszych danych będzie miało więcej podmiotów, niż tylko jak do tej pory Microsoft. Jeżeli nasz służbowy administrator na to pozwala, z Gmailem możemy połączyć również naszą firmową pocztę Exchange.
    • Nie obsłuży Xbox Live. Co ciekawe, konsola Xbox One dysponuje już w swoim oprogramowaniu API dla zewnętrznych asystentów, z czego korzysta Alexa. Może ono być również wykorzystane przez Asystenta. Niestety, Microsoft nadal nie napisał stosownego rozszerzenia, nie ma też żadnej możliwości połączenia z naszym kontem Xbox Live.
    • Obsłuży OneNote i To-Do, ale każe nam wybierać. O dziwo, te usługi są obsługiwane, choć… jest pewien istotny haczyk. Gdy po raz pierwszy użyjemy polecenia „zanotuj” na urządzeniu z Androidem, usługa zapyta się nas z którego notesu korzystać. Jeżeli mamy zainstalowanego OneNote’a lub To-Do, od tej pory to właśnie wskazana usługa będzie wykorzystywana. Z uwagi na znaczenie kontekstowe tego polecenia, możemy przyjąć, że OneNote jest obsługiwany kosztem To-Do.

    To co wybierzecie? Asystenta Google czy usługi Microsoftu?

    A może będziecie kombinować używając przekierowań na serwery Google’a? Zobaczymy jak Asystent Google wpłynie na dalszą konsumpcję usług Microsoftu. Nie ukrywam, że usługą Google’a jestem wielce zainteresowany – do tej pory używałem Alexy, która mnie dość irytuje koniecznością posługiwania się językiem angielskim.

    W przeciągu najbliższych dni wszyscy będziemy mogli się przekonać jak bardzo użyteczny jest Asystent Google. Jeżeli jednak okaże się faktycznie usługą zmieniającą nasze życia na lepsze, to oznacza to, że albo nie będziemy go używać do poczty, kalendarza i list zadań, albo też przesiądziemy się na te od Google’a.

    Osobiście i subiektywnie – nie chcę mieć z Gmailem nic wspólnego, wyjaśnię przy innej okazji. Jestem jednak absolutnie przekonany, że brak Cortany w Polsce i na podobnych rynkach odbije się po raz kolejny firmie Microsoft w formie odpływu użytkowników w ramiona konkurencji. Chociażby z uwagi na usługi, które z Cortaną tylko pozornie nie mają wiele wspólnego. I w szczególności z uwagi na fakt, że Gmail jest przecież jedną z najlepszych usług tego rodzaju na rynku.



    Asystent Google już w Polsce. Co to oznacza dla Cortany i użytkowników usług Microsoftu?

    0 0

    Sieć Żabka chce zmienić sposób sprzedaży w swoich placówkach. Stawia na sklepy bez kas z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. W tym celu podjęła właśnie współpracę z amerykańskim startupem AiFi.

    Strategiczna współpraca między siecią Żabka a startupem AiFi, o której poinformowano w Nowym Jorku ma na celu zmianę konceptu sprzedaży. Ten nowy, oparty na sztucznej inteligencji, ma pozwolić na prowadzenie działalności przez 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu.

    Koncepcja prowadzenia działalności handlowej bez przerwy na dni wolne czy święta, nie jest szczególnie nowa. Pod tym względem Polacy absolutnie nie mają czego się wstydzić. Już w ubiegłym roku w Poznaniu doszło do otwarcia pierwszego bezobsługowego i całodobowego supermarketu w Europie. Chodzi o jeden z trzech sklepów sieci Bio Family. W tym roku takie rozwiązania mają być też wprowadzane w dwóch pozostałych: we Wrocławiu i w Swarzędzu.

    Żabka też ma za sobą pierwszy krok.

    Inteligentne sklepy bez sprzedawców i z możliwością zrobienia zakupów kiedy tylko się chce to wcześniej nakreślony plan przez Żabkę na 2019 r. W najbliższych 12 miesiącach pierwsze takie sklepy mają otworzyć swoje podwoje. Kupujący w nich będą mieć do czynienia z systemem analizy cen czy inteligentnymi półkami, wyświetlającymi m.in. datę spożycia produktu.

    Podjęcie strategicznej współpracy z amerykańskim startupem AiFi to konsekwencja wcześniejszych decyzji. Posiadająca w naszym kraju ponad 5400 punktów sprzedaży sieć Żabka już wcześniej informowała o swoich planach w tym względzie.

    Cieszymy się, że jako pierwsi oferujemy zupełnie nową jakość w sklepach na rynku europejskim - twierdzi Tomasz Blicharski, wiceprezes ds. finansów i rozwoju w sieci Żabka.

    Decydując się na wdrażanie najnowocześniejszych technologii przyszłości Żabka staje się liderem wśród firm oferujących globalne innowacje, dlatego jesteśmy bardzo podekscytowani, że mamy takiego partnera jak ten - twierdzi z kolei Ying Zheng, CTO AiFi.

    Niedziele bez handlu już nie będą takie straszne?

    Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będziemy świadkami powstawania kolejnych inteligentnych sklepów. To zaś naruszy narrację tłumaczącą zakaz handlu w niedziele. Jego inicjatorzy przekonywali, że został on wprowadzony dla dobra pracowników. Dzięki temu mieliby spędzać więcej czasu z rodziną. Wychodzi na to, że technologia może zrobić psikusa ustawodawcom.

    Konsekwencji pojawienia się takich placówek handlowych w Polsce będzie więcej. To przede wszystkim los tysięcy pracowników. Nikt przecież nie ma wątpliwości, że systematycznie krocząca do przodu automatyzacja będzie miała spory wpływ na rynek pracy. Ale Żabka nie chce siać paniki. Uspokaja, że o zwolnieniach nie ma mowy.



    Sklepy bez kas będą odpowiedzią Żabki na niedzielny zakaz handlu?

    0 0

    Bycie fanem Star Wars nie jest łatwe. W ostatnich latach miłośnicy Gwiezdnych wojen zostali wielokrotnie wystawieni na próbę. Zarówno przez rozczarowujące filmy nowej trylogii, jak również takie sobie gry, których pojawia się jak na lekarstwo. Będzie ich jeszcze mniej, bowiem EA właśnie zawiesiło najbardziej ambitny projekt na licencji Star Wars.

    Studia podległe EA do niedawna pracowały nad przynajmniej pięcioma projektami w uniwersum Gwiezdnych wojen. Pierwszy z nich to oczywiście seria Battlefront realizowana przez DICE. Drugim, wygaszanym już produktem jest MMO The Old Republic. Trzeci projekt to obiecujący Jedi: Fallen Order od studia Respawn. Czwartą grą jest nienazwany, mniejszy tytuł EA Motive. Piątym, największym i najbardziej ambitnym przedsięwzięciem była gra Star Wars z otwartym światem od EA Worldwide.

    Była to słowo klucz, ponieważ Electronic Arts właśnie zamknęło ten projekt.

    Do takich informacji dotarł Jason Schreier z redakcji Kotaku. Redaktor doskonale znany ze swoich silnych powiązań i znajomości w branży gier jest pewien, że EA postawiło krzyżyk nad projektem z otwartym światem. Już samo to jest dla fana Gwiezdnych wojen bardzo złą wiadomością. Jeszcze gorszy wydaje się jednak powód, dla którego Elektronicy zrezygnowali z ambitnego przedsięwzięcia realizowanego przez EA Vancouver.

    Według Schreiera powodem zamknięcia projektu był czas potrzebny na jego realizację. Kierownictwo EA spojrzało na przybliżoną datę premiery produkcji z otwartym światem i doszło do wniosku, że tak odległy czas debiutu nie wchodzi w grę. EA chce coś na licencji Gwiezdnych wojen szybciej i za mniejsze pieniądze. Dlatego tytuł trafił do kosza, a drużyna w Vancouver ma zająć się mniejszą, łatwiejszą w produkcji grą, która trafi na rynek znacznie szybciej.

    Jeśli źródła redaktora Kotaku są prawdziwe, taka informacja powinna zaboleć każdego gracza.

    Dobre gry potrzebują bowiem czasu. Zwłaszcza, gdy chce się je osadzić w żywych, otwartych światach wypełnionych dodatkowymi zadaniami, sekretami oraz ciekawymi miejscami do odkrycia. Takich lokalizacji w produkcji EA Vancouver miało być przynajmniej kilka. Po jednej na każdą planetę, jaka pojawiałaby się w grze. To trochę tak, jak gdyby zrezygnować z Wiedźmina 3 albo Cyberpunka 2077, bo zbyt dłuto trwa tworzenie tych dzieł. Prostackie porównanie, ale pokazuje jak relacja wydawca - producent stanęła na głowie.

    Dawniej wielki i dochodowy wydawca pokroju EA był gwarantem realizacji tych najbardziej ambitnych projektów w branży gier. Dzisiaj wydawcy wolą skupiać się na mniejszych, niedoszlifowanych, przepełnionych mikro-transakcjami produktach. Dlatego twórcy niedoszłej gry z otwartym światem zajmą się projektem o mniejszej skali i dam sobie rękę odciąć, że jeśli ich nowa gra zobaczy światło dzienne, będzie przepełniona tym sieciowym szlamem do żebrania o dodatkowe pieniądze. Wybaczcie moje słowa, ale jako fan Gwiezdnych wojen mam już po dziurki w nosie rozczarowań.

    Tęsknię do starego, dobrego 2005, gdy uniwersum Gwiezdnych wojen rozkwitało.

    Pomyślcie tylko. W samym 2005 r. fani Star Wars dostali kinową Zemstę Sithów (moim zdaniem najlepszy prequel), klimatyczne i dojrzałe Republic Commando, sieciowego Battlefronta II, KOTORA 2, LEGO Star Wars, a także dodatek do Star Wars Galaxies. Wszystko to w ciągu JEDNEGO ROKU. Coś niesamowitego. Człowiek nie miał wtedy pojęcia, jak bardzo był rozpieszczany. Myślało się wtedy, że będzie tylko lepiej, a apetyt rósł w miarę jedzenia.

    Co mamy dzisiaj? Od zakupu Gwiezdnych wojen przez Disneya minęło sześć długich lat. W ciągu tego czasu otrzymaliśmy dwie sieciowe strzelaniny z serii Battlefront, powszechnie uznawane za gorsze od swoich poprzedników. Do tego kilka gier na smartfony oraz tablety, garść rozszerzeń do The Old Republic i to byłoby na tyle. EA zdążyło przez ten czas anulować przynajmniej dwa duże projekty, spowodować skandal z mikro-transakcjami oraz zamknąć studio Viscreal.

    Tęsknię do dawnych lat...



    EA anulowało grę Star Wars z otwartym światem. Powód? Jej stworzenie trwałoby zbyt długo

    0 0

    Jeżeli też masz trudności ze znalezieniem balansu między notatkami cyfrowymi, a tymi fizycznymi, Moleskine Pen+ Ellipse przynosi rozwiazanie. To świetny system notatek, ale do ideału trochę mu zabrakło.

    Cyfrowe notatki dzielę na dwie części, a mianowicie na stałe i tymczasowe. W Evernote mam zapisane te pierwsze i lubię o nich myśleć jak o zewnętrznym mózgu. Notatniki w Evernote zbierają rzeczy, o których nie muszę pamiętać na co dzień, ale są mi niezbędne i potrzebne co jakiś czas, często przez długie lata.

    Z kolei tymczasowe notatki staram się przechowywać w aplikacji Todoist. Prowadzę tam m.in. listę zakupów, którą staram się uzupełniać na bieżąco, ale najważniejszą częścią są notatki to-do, czyli lista rzeczy, które mam wykonać w danym dniu lub tygodniu. W Todoist robię też listę zadań do długofalowych projektów, gdzie nie mam wyznaczonych konkretnych terminów.

    Niestety mimo usilnych starań nigdy nie mogę przejść w pełni na Todoist. Regularnie powracam do notatek papierowych, które lepiej na mnie działają. Na moim biurku praktycznie zawsze znajduje się notes, w którym piszę przypomnienia do samego siebie, notatki prowadzone np. podczas rozmów telefonicznych, a niekiedy także listę zadań na kolejny dzień.

    Po latach stania w rozkroku między papierem a cyfrą zrozumiałem, dlaczego tak trudno jest mi porzucić notes i długopis.

    moleskine pen+ elipse

    Zawsze kiedy notuję na papierze, robię przy tym jakieś drobne rysunki, takie jak szlaczki czy wzorki. Często robię to zupełnie nieświadomie, zwłaszcza podczas rozmów telefonicznych. Kiedy rzucę okiem na kartkę z takimi rysunkami, od razu przypomina mi się w jakich okolicznościach powstały i czego dotyczyła rozmowa.

    Tem mechanizm działa zupełnie podświadomie, pewnie na skutek tego, że jestem wzrokowcem. Często nawet nie muszę czytać notatki tekstowej, bo wystarczy mi rzut oka na rysunek, bym przypomniał sobie o wszystkim.

    I właśnie takich rysunków brakuje mi w cyfrowych notatkach. Elektroniczne zapiski są zwięzłe i łatwo edytowalne, ale jednocześnie sterylne i pozbawione tego czegoś.

    Od miesiąca notuję w papierowym notesie Moleskine przy pomocy smart-długopisu Pen+ Ellipse. To bardzo ciekawe rozwiązanie, choć nie jest pozbawione wad.

    moleskine pen+ elipse

    Już kilkukrotnie testowałem cyfrowe notatniki, czy raczej digitalizery przesyłające papierowe notatki do aplikacji. Nie trafiłem jeszcze na rozwiązanie, które zostałoby ze mną na dłużej. Przeważnie aplikacje są wolne, a synchronizacja jest niepełna, co wyklucza takie pomysły z codziennego użycia.

    Z rozwiązaniem Moleskine jest inaczej, choć nie jest idealnie. Mamy tu notatnik i długopis, które wyglądają jak analogowe przedmioty. Długopis Pen+ Ellipse jest dość gruby i na pierwszy rzut oka bardziej kojarzy się w flamastrem. Jest przy tym ciężki, co bardzo mi odpowiada. Po stronie z wkładem (oczywiście wymiennym) mamy ukryty otwór ze skanerem monitorującym nasze pismo.

    moleskine pen+ elipse

    Na przeciwległym końcu mieści się gniazdo ładowania micro USB, przycisk włącznika i dioda informująca o działaniu.

    moleskine pen+ elipse

    Długopisem można pisać po dowolnym papierze, ale jeśli chcemy zachować notatkę w formie cyfrowej, musimy korzystać z notesu Moleskine kompatybilnego z długopisem Pen+ Ellipse. Na rynku jest szeroki wybór takich notatników, w różnych formatach i okładkach.

    moleskine pen+ elipse

    Na pierwszy rzut oka nie różnią się one od standardowych notesów (poza wyższą ceną), ale każda strona ma unikalny mikrowzór składający się z mikroskopijnych kreseczek noszących nazwę Ncode.

    moleskine pen+ elipse

    To dzięki nim skaner długopisu może bardzo precyzyjnie poznać trzy informacje: w jakim notatniku pisze, na której stronie się znajduje i w którym miejscu tej strony.

    moleskine pen+ elipse

    Notuję w notesie Moleskine Paper Tablet 1 w rozmiarze L (jest też rozmiar XL), z wnętrzem w linie (do wyboru są też kropki i puste strony). Notatnik jest pięknie wykonany i na pewno ucieszy oko każdego estety, tym bardziej, że znajdziemy tu sporo detali świadczących o perfekcjonizmie Moleskine. Zalicza się do nich np. koperta do przechowywania luźnych stron...

    moleskine pen+ elipse

    ...przemyślane dodatki oraz sama jakość okładek i papieru...

    ...a także drobne detale widoczne w kilku miejscach notatnika.

    moleskine pen+ elipse

    Jak wyglądają cyfrowe notatki Moleskine Pen+ Ellipse?

    Przed rozpoczęciem notowania musimy sparować cyfrowy długopis ze smartfonem lub tabletem, co jest banalnie proste, ponieważ wykorzystuje standardową transmisję Bluetooth. Jest to jednorazowe działanie.

    Co bardzo ważne, nie musimy pamiętać o włączeniu długopisu przed pisaniem. W momencie zatknięcia z papierem, długopis sam się włącza i zaczyna przechwytywać notatki, które następnie są wysyłane do aplikacji. Długopis potrafi się też sam wyłączyć, kilka minut po odłożeniu.

    moleskine pen+ elipse

    Jeśli aplikacja jest otwarta w trakcie pisania, widzimy w niej wszystkie zmiany zachodzące na żywo. Jeśli otworzymy aplikację po zrobieniu notatki, zmiany już w niej będą. Długopis ma własną pamięć, więc jeśli nie mamy obok smartfona przy pisaniu, dane zostaną przesłane przy najbliżej okazji, kiedy długopis będzie w zasięgu Bluetooth smartfona.

    Jak można edytować cyfrowe notatki i jak wygląda integracja z zewnętrznymi usługami?

    moleskine pen+ elipse

    Możemy wybrać kolor i grubość linii zarówno przed utworzeniem notatki, jak i po. Pozwala to na bardzo szeroką edycję i personalizację cyfrowych notatek. Kiedy na papierze wszystko jest czarne, w wersji cyfrowej może być pełne kolorów i pogrubień.

    Notatki widzimy w aplikacji Moleskine, która bezbłędnie rozróżnia notesy i poszczególne strony, ale siłą jest integracja z zewnętrznymi usługami. Aplikacja Moleskine może automatycznie przesyłać notatki do Evernote, Adobe Creative Cloud, Microsoft One Note i Google Drive.

    moleskine pen+ elipse

    Korzystałem z wariantu synchronizacji z Evernote i działa to tak, jak można się spodziewać. Notatki automatycznie pojawiają się w aplikacji. Powstaje nowy zbiór notatników o nazwie takiej, jaką mamy w aplikacji Moleskine, a każda strona to nowa notatka.

    moleskine pen+ elipse

    Niestety największy problem Moleskine to niezrozumienie języka polskiego.

    Teoretycznie aplikacja potrafi rozpoznawać tekst i przetwarzać notatki odręczne na cyfrowe. W praktyce nie działa to dla języka polskiego. W efekcie wszystkie nasze notatki są zapisywane w formie pliku PNG o rozdzielczości 720x1163 pikseli. Wielka szkoda, bo notując po angielsku (i w kilku innych językach) nasze zapiski są zamieniane na cyfrowe litery, dzięki czemu można je np. przeszukiwać.

    moleskine pen+ elipse

    Kolejną wadą jest czas pracy na jednym ładowaniu. Długopis pozwala na ok. 4–5 godzin ciągłej pracy. W moim przypadku przekłada się to na ładowanie raz na tydzień, ale jeśli jesteś studentem i notujesz dużo, długopis może nie wytrzymać jednego dnia pracy. Ładowanie jest natomiast bardzo szybkie, ale to małe pocieszenie.

    Na koniec szokować może cena. Długopis Moleskine Pen+ Elipse kosztuje aż 759 zł. Zestaw z notesem kosztuje 985 zł. To zdecydowanie za dużo, zwłaszcza w kontekście niepełnej funkcjonalności w Polsce. Sam notes Moleskine Paper Tablet kosztuje ok. 110 zł, czyli nieco więcej niż analogowy notes tej firmy.

    Podsumowując, muszę szukać dalej.

    moleskine pen+ elipse

    Moleskine Pen+ Ellipse świetnie radzi sobie z przenoszeniem papierowych notatek do formy cyfrowej, bowiem całość działa bezproblemowo i właściwie idealnie. Ten produkt był zdecydowanie najbliżej połączenia moich notatek cyfrowych i analogowych, ale trudno uzasadnić jego wysoką cenę i brak rozpoznawania języka polskiego przez aplikację. Zwłaszcza w 2019 roku.

    Niestety, wygląda na to, że nadal muszę tkwić w rozkroku między papierem i cyfrą. Szkoda, było naprawdę blisko!



    Od miesiąca notuję na papierze, a notatki same lądują na moim smartfonie. Cyfrowy Moleskine – recenzja

    0 0

    Przepustka sezonowa to ważny element każdego Call of Duty. W jej skład najczęściej wchodzą nowe mapy, nowe bronie oraz nowe scenariusze dla trybu kooperacyjnego. Najwyraźniej społeczność Call of Duty: Black Ops 4 nie kupiła odpowiednio wiele przepustek, ponieważ Activision wprowadziło do publicznego lobby „znaczniki wstydu“. Wciąż mam jednak nadzieję, żę to po prostu błąd.

    Za moich czasów producenci gier wideo wyróżniali tych graczy, którzy płacili więcej za produkt. Posiadaczy edycji deluxe, dodatków oraz DLC nagradzano specjalnymi ikonami lub emblematami, którymi ci mogli (ale nie musieli) pochwalić się przed innymi. M. in. w ten sposób doceniało się zaangażowanych fanów, którzy kupowali droższe zestawy, wspierając ulubionych producentów oraz ulubione serie.

    W Call of Duty: Black Ops 4 odwrócono zasady. Wyróżnieni są ci, którzy… nie zapłacili ekstra.

    Przy emblematach z nazwami graczy w publicznych lobby pojawiły się dziwne trójkąty ostrzegawcze. Sądząc po ich wyglądzie można by sądzić, że gracz z tego typu symbolem ma jakieś problemy techniczne. Nieaktywny abonament PS Plus / Live Gold? Może niestabilne połączenie internetowe? Albo brak zainstalowanej najnowszej aktualizacji?

    Nic z tych rzeczy. Okazuje się, że ostrzegawcze trójkąty dostali wszyscy gracze, którzy… nie kupili przepustki sezonowej. Posiadacze season passa nie mają przy swoim emblemacie żadnego symbolu. Ten widnieje wyłącznie przy emblematach zwykłych graczy, którzy kupili pełne Call of Duty: Black Ops 4. W ten sposób Activision dzieli graczy na zdecydowaną większość klientów z którymi coś jest nie tak oraz mniejszość graczy, która nie ma przy nickach ostrzegawczych elementów.

    Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że to nie pierwszy CoD ze "znacznikiem wstydu". Pamiętam, że widziałem tego typu symbol już w BLOPS2. Jednak dotychczas ta ikona pojawiała się wyłącznie na prywatnych, zamkniętych playlistach. W ten sposób znajomi widzieli, że na niektórych mapach nie mogę bawić się wspólnie. Nie mam absolutnie nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

    Twórcy Black Ops 4 stawiają sytuację na głowie, wprowadzając znacznik do rozgrywek publicznych. Activision obnażyło w ten sposób wszystkich tych, którzy z rozmaitych powodów nie kupili season passa. Wielkie ostrzegawcze trójkąty przy ich nickach mają być niczym stempel wstydu. Piętno pokazujące, że coś jest nie tak.

    Call of Duty: Black Ops 4 nie uruchamiałem już od kilku tygodni, ale sam takie piętno nosiłbym z dumą.

    Oznaczanie graczy bez przepustki sezonowej ostrzegawczym trójkątem to coś więcej niż dzielenie społeczności. To stygmatyzowanie tych, którzy nie płacą ekstra. Symbolika żółtego trójkąta jest w naszej cywilizacji oczywista i zawsze dotyczy czegoś, na co trzeba zwrócić uwagę. Dotyczy zagrożenia. Awarii. Wyzwania. Czegoś niestandardowego, a nawet stanowiącego zagrożenie. O wiele lepiej byłoby, gdyby to posiadacze season passów dostali ładną gwiazdkę albo inny symbol obok emblematu.

    Twórcy Call of Duty: Black Ops 4 obrażają w ten sposób własnych klientów, którzy w sporej części kupili grę na premierę, za naprawdę spore pieniądze. Taka stygmatyzacja własnej społeczności jest poniżej współczesnych standardów w branży gier, które i tak nie są zbyt wysokie. Dlatego Activision musi cofnąć tę zmianę, w dodatku jak najszybciej. Chciałbym wierzyć, że to tylko błąd wynikający z jakiegoś nieporozumienia. Z pomylenia prywatnych playlist oraz publicznych poczekalni. Trudno jednak nie pomyśleć, że społeczność CoD-a poddawana jest testowi na maksymalizację przychodów.



    „Znaczniki wstydu“ – tak oznaczono posiadaczy Call of Duty: Black Ops 4 bez przepustki sezonowej

    0 0

    W nowym komputerze Lenovo Yoga C930 yogę uprawia nie tylko ekran, ale także zamontowany w zawiasie głośnik. Jak taka konstrukcja spisuje się w praktyce? Miałem kilka tygodni, by się o tym przekonać.

    Każdego roku Lenovo przeskakuje poprzeczkę ustawioną przez poprzednie modele. Gdy przyjrzymy się ewolucji od Yogi 900, poprzez 910 i 920 zobaczymy, że choć fundamentalnie filozofia tych maszyn pozostała niezmieniona, to z każdą kolejną generacją jej interpretacja staje się coraz lepsza. Nie inaczej jest z Yogą C930.

    Względem poprzedniej generacji zmieniły się przede wszystkim dwie rzeczy: głośniki umieszczono nie pod obudową, a w zawiasie pod ekranem, a rysik znalazł bezpieczne schronienie w obudowie komputera. Oprócz tego różnic nie ma zbyt wiele – obracana o 360 stopni obudowa jest nieco smuklejsza, nieco ładniejsza, podzespoły odświeżone, a na krawędzi zagościł port Thunderbolt 3.

    Lenovo Yoga C930

    Lenovo Yoga C930 to sprzęt dla miłośników seriali.

    Skoro najważniejszą zmianą są głośniki, to zacznijmy właśnie od nich. Lenovo w końcu rozwiązało jeden z podstawowych problemów konstrukcji typu Yoga. W innych modelach, gdy ustawimy komputer w trybie „namiotu”, głośniki odbijają dźwięk od obudowy wyświetlacza, co negatywnie wpływa na brzmienie i głośność.

    W Yodze C930 niezależnie od tego, jak mamy ustawiony ekran, głośniki grają w naszą stronę (nie licząc trzymania komputera w pionie na potrzeby notowania czy szkicowania). W belce umieszczonej pod ekranem skrywają się dwa przetworniki o mocy 1,5 W każdy, a do tego wspiera je oprogramowanie Dolby Atmos.

    Lenovo Yoga C930

    Od strony użytkowej, rozwiązanie spisuje się fantastycznie. Dźwięk zawsze jest donośny i wyraźny, choć uczciwie trzeba powiedzieć, że do najlepiej grających laptopów – MacBooka Pro i Surface Laptopa – sporo brakuje. Yoga C930 nie ma głębi i szczegółowości droższych konkurentów w swoich głośnikach, ale i tak plasuje się wysoko ponad przeciętnymi laptopowymi głośnikami.

    Usprawnienia doczekały się nie tylko głośniki, ale też 13,9-calowy ekran, który teraz wspiera standard Dolby Vision, niezależnie od tego, czy mowa o wersji Full HD, czy 4K.

    W nowym komputerze Lenovo Yoga C930 yogę uprawia nie tylko ekran, ale także zamontowany w zawiasie głośnik

    Mój egzemplarz testowy wyposażony był w pierwszy z paneli i faktycznie, podczas oglądania seriali na Netfliksie do pełni szczęścia brakowało mi tylko HDR-u.

    Niestety jak zwykle w laptopach Lenovo, powłoka antyrefleksyjna na wyświetlaczu jest za słaba, przez co nawet przy maksymalnym poziomie jasności uciążliwe odbicia są normą, z którą można się tylko pogodzić.

    Skoro mowa o wadach, to Yoga C930 nie ma ich wiele.

    Trzymając się wyświetlacza – o ile do oglądania seriali czy pracy biurowej jest on jak najbardziej OK (a kąty widzenia są wręcz wzorowe), tak do jakichkolwiek zastosowań półprofesjonalnych kompletnie się nie nadaje. Wyświetlacz Full HD nie pokrywa nawet 100 proc. przestrzeni barw sRGB, do tego o ile nie ma wycieku światła na krawędziach, tak na pierwszy rzut oka widać, że na wysokich poziomach jasności ekran jest podświetlony nieco nierówno.

    Obiektywnie trzeba też zaznaczyć, że dołączone do komputera piórko raczej nie przypadnie do gustu artystom i projektantom. Pomimo 4096 poziomów nacisku mamy tu do czynienia ze zbyt wielką paralaksą oraz zauważalnym jitterem, by rozważyć użycie rysika do poważniejszych zastosowań niż notatki czy zabijanie czasu w cyfrowych kolorowankach.

    Lenovo Yoga C930

    Tym niemniej do sporządzania odręcznych notatek rysik naprawdę się przydaje, a zadokowanie go na stałe w obudowie uważam za znakomity pomysł. Piórko ładuje się w czasie dokowania, więc nigdy nie zdarzy się sytuacja, w której chcielibyśmy coś zanotować, a rysik byłby pozbawiony energii.

    Ostatni problem, jaki dostrzegłem w Yodze C930, może być związany tylko z moim egzemplarzem – to niezbyt głośne, ale słyszalne piszczenie cewek pod klawiaturami. Większości osób taka wada przeszkadzać nie będzie, ale osoby z nadwrażliwym słuchem mogą być nią poirytowane.

    Wróćmy do tego, co Yoga C930 robi dobrze.

    A jest tego sporo. Na co dzień nowy komputer Lenovo jest po prostu kapitalnym, niesprawiającym problemów ultrabookiem, którego możemy złożyć do formy tabletu.

    W moim egzemplarzu za wydajność odpowiadał czterordzeniowy procesor Intel Core i5, wspierany przez 8 GB RAM-u i 256 GB SSD. Za taką konfigurację zapłacimy 6290 zł i – jak powiedziałby Dawid Kosiński – jest ona wystarczająca dla znakomitej większości użytkowników.

    Lenovo Yoga C930

    Trudno tu dodać coś więcej. O ile nasze wymogi nie wychodzą poza typową kombinację pracy biurowej, przeglądarki czy oglądania wideo w Internecie, Lenovo Yoga C930 wywiąże się z każdego zadania bez cienia zadyszki.

    Skoro o zadyszkach mowa, to z przyjemnością niczego nie słyszałem przez niemal cały czas trwania testów. Wentylatory urządzenia włączają się naprawdę w ostateczności (ja usłyszałem je tylko po odpaleniu Lightrooma), a nawet gdy się uruchomią, ich praca nie jest uciążliwie głośna.

    Bardzo mile zaskoczył mnie też czas pracy z dala od gniazdka. Oczywiście do 14,5 godziny deklarowanych przez producenta sporo brakuje, ale regularnie osiągałem 8-9 godzin pracy, nie dbając przesadnie o zmniejszanie jasności wyświetlacza czy ograniczenie funkcji laptopa. To dobry wynik.

    Lenovo Yoga C930

    Komputer Lenovo doładowujemy portem Thunderbolt 3 z funkcją Power Delivery, więc jeśli posiadamy kompatybilny monitor, możemy podłączyć do niego komputer jednym przewodem (o ile wspiera ładowanie z mocą 65 W).

    Przy niewielkiej masie (1,38 kg) i rozsądnych gabarytach (322 x 227 x 14,5 mm) Lenovo Yoga C930 okazuje się być bardzo mobilnym komputerem, oferując blisko 14-calowy wyświetlacz w smukłym, doskonale wykonanym, aluminiowym opakowaniu. Długi czas pracy z dala od gniazdka to miła wisienka na pięknym torcie.

    Lenovo Yoga C930

    Bardzo niedocenianym, ale przydatnym dodatkiem jest znana z nowych Thinkpadów osłonka na kamerę TrueBlock Privacy Shutter. Choć prawdę mówiąc, wolałbym zamiast niej zobaczyć kamerę na podczerwień do odblokowywania komputera twarzą. To rozwiązanie zobaczymy jednak dopiero w nowej Yodze S940. Na pociechę mamy szybki czytnik linii papilarnych.

    Nie mogę też przemilczeć fantastycznej klawiatury i dobrego gładzika. O ile ten ostatni jest dobry, ale nie wybitny, tak klawiatura jest pierwszoligowa. W tym segmencie tylko Surface Laptop oferuje lepsze wrażenia z pisania.

    Lenovo Yoga C930

    Stylowa alternatywa dla nudnej konkurencji.

    Z laptopami czy hybrydami zrobił się nam w ostatnim roku problem – są takie same. Producenci walczą co prawda o to, kto będzie miał najlżejszy czy najsmuklejszy sprzęt, ale komputery przenośne z grubsza pozostają niezmienione, co dobitnie pokazały tegoroczne targi CES.

    Lenovo Yoga C930 odcina się z tego tłumu nudnawych sprzętów pięknym wzornictwem (szczególnie w złotej wersji kolorystycznej), znakomitą jakością wykonania i nietuzinkowym podejściem do kwestii umiejscowienia głośników.

    Ponadto… jest Yogą. I to samo w sobie dla wielu osób będzie wystarczającym argumentem, by sięgnąć po komputer Lenovo.



    Komputer wprost stworzony dla miłośników seriali. Lenovo Yoga C930 – recenzja

    0 0

    xbox game pass styczeń 2019 nowości

    Strach teraz coś kupować na tego Xboksa. Zaraz się okaże, że i tak trafi do Xbox Game Pass. Tak jak cztery nowe gry, które uzupełniają styczniową listę nowości microsoftowego „Netfliksa dla gier”.

    To był bardzo mocny miesiąc dla usługi Xbox Game Pass i wygląda na to, że będzie jeszcze lepszy. Do sześciu tytułów dodanych do tej usługi – wśród których znalazły się prawdziwe perełki – dołączają cztery kolejne. I wszystkie cztery są zdecydowanie warte naszej uwagi.

    Xbox Game Pass – tak tylko dla krótkiego przypomnienia – to plan abonamentowy Microsoftu (40 zł miesięcznie), dzięki któremu otrzymujemy dostęp do niemal 150 gier bez dalszych opłat. Możemy je bez żadnych limitów instalować i usuwać z naszej konsoli Xbox One, a gry wydawane przez Microsoft Studios trafiają do Game Passa w dniu premiery. Katalog gier cały czas się powiększa, choć zdarza się, że niektóre gry są z niego usuwane – podobnie jak filmy i seriale na Netfliksie, do którego Game Pass jest chętnie porównywany.

    Xbox Game Pass – cztery dodatkowe nowości na styczeń 2019 r.

    We Happy Few (dostępne od jutra)

    https://www.youtube.com/watch?v=5nwHVDbCY-Y

    We Happy Few to szalenie oryginalna produkcja należącego do Microsoftu studia Compulsion Games. Jej akcja dzieje się w alternatywnej rzeczywistości, w Anglii lat 60. ubiegłego wieku, gdzie społeczeństwo jest zniewolone przez uzależnienie od dającego radość narkotyku Joy. Co ciekawe, przygoda jest w znacznej mierze generowana losowo, dlatego też można tę grę przechodzić wielokrotnie i za każdym razem odkrywać w niej nowe rzeczy. Jeśli chodzi o gatunek, to jest to skrzyżowanie gry akcji, skradanki i gry przygodowej.

    The LEGO Movie Videogame (dostępne od jutra)

    https://www.youtube.com/watch?v=K7-ZUS7J6UQ

    Gry z cyklu LEGO okazały się na przestrzeni lat zaskakująco dobre, mimo bycia produktem w zasadzie marketingowym. Są przystępne dla graczy w każdym wieku, umożliwiają wygodną zabawę również w trybie kanapowej współpracy, są wciągające i zawierają mnóstwo dobrego humoru. Tej konkretnej odsłony akurat nie znam, ale na pewno ją sprawdzę. Zebrała ciepłe oceny od graczy i stanowi kontynuację udanej serii.

    Śródziemie: Cień Mordoru (dostępne od 23 stycznia)

    https://www.youtube.com/watch?v=uHZGECBJzt8

    To prawdziwy hit, choć delikatnie rzecz ujmując, nie należy do nowości. To również jedna z najbardziej udanych gier na motywach filmów Władca Pierścieni (będących z kolei adaptacją książek Tolkiena, ale gry bazowane są na filmach). To rozbudowana, otwarta gra akcji z elementami RPG, która stanowi pomost fabularny pomiędzy Hobbitem a Drużyną Pierścienia. Część przygody generowana jest proceduralnie, co zachęca do ponownego jej przejścia.

    Saints Row: The Third (dostępne od 23 stycznia)

    https://www.youtube.com/watch?v=PozeqAFgA6Q

    Klasyk, który zadziała nam również na konsoli Xbox 360. Seria Saints Row stanowi klon popularnego Grand Theft Auto, choć jak na podróbkę radzi sobie zaskakująco dobrze. Trzecia część zdobyła wysokie noty od graczy i recenzentów, którzy docenili różnorodne i angażujące misje, multum aktywności pobocznych i wysoką jakość techniczną napędzającego grę silnika.



    „Netflix dla gier” rozpycha się łokciami. Śródziemie: Cień Mordoru i We Happy Few teraz w Xbox Game Pass

    0 0

    Honor 10 Lite to bardzo ciekawy smartfon, który zainteresuje wiele osób ze względu na swój piękny wygląd, niewygórowaną cenę i spore możliwości. Warto się nim zainteresować, ponieważ model ten właśnie trafił do sklepów. A raczej - do jednego sklepu.

    Tak się złożyło, że przez pierwsze dwa tygodnie sprzedaży będzie on dostępny wyłącznie w sklepach RTV Euro AGD. Dlatego jeżeli zamierzacie kupić go już teraz, siłą rzeczy powinniście udać się właśnie do nich. Ewentualnie odwiedzić je wirtualnie, na euro.com.pl.

    Smartfon Honor 10 Lite to sprzęt szczególny z kilku względów. Pierwszym z nich jest cena, która wynosi 999 zł. Jest ona szczególnie istotna, ponieważ większość Polaków nie może sobie pozwolić lub nie chce kupować smartfonów, których cena przekracza psychologiczną granicę 1000 zł. Honor 10 Lite zatrzymał się tuż przed nią, co jest liczącym się atutem.

    Dlaczego Honor 10 Lite będzie hitem?

    Chociażby dlatego, że Honor 10 Lite jest smartfonem bardzo ładnym. Możemy się z tego śmiać lub nie, ale dla wielu osób nie są najważniejsze parametry techniczne, tylko wygląd. Urządzenia mobilne stały się tak bezproblemowe, że to pierwsze wrażenie często „sprzedaje” smartfon. A Honor 10 Lite robi świetne pierwsze wrażenie, głównie dlatego, że praktycznie cały front urządzenia zajmuje wyświetlacz. Nawet wcięcie w ekranie skrywające przednią kamerę jest bardzo małe i co za tym idzie - eleganckie.

    Także tył urządzenia wygląda bardzo ładnie. Plecki zostały wykonane z ośmiu warstw pięknie załamujących światło. Ten zabieg sprawia, że telefon delikatnie zmienia swój wygląd w zależności od kąta, pod którym na niego patrzymy. Rozwiązanie to znam od czasów modelu Honor 8 i niezmiennie jestem jego fanem. Honor 10 Lite jest też dostępny w trzech wersjach kolorystycznych: czarnej, niebieskiej i gradientowej. Ta ostatnia nosi nazwę Sky Blue, jest zupełną nowością i widzicie ją na zdjęciach w tym tekście.

    Specyfikacja techniczna Honora 10 Lite jest całkiem niezła

    Telefon ma 6,21-calowy wyświetlacz IPS o proporcjach 19,5:9 oraz rozdzielczości 2340 x 1080 pikseli. Oferuje on odpowiednią szczegółowość i niezłe odwzorowanie barw. Sercem smartfona jest procesor Kirin 710 znany z modelu Huawei Mate 20 Lite. Jest on wspierany przez 3 GB RAM oraz 64 GB pamięci wewnętrznej, którą można rozszerzyć za pomocą kart microSD. Nie zabrakło tu też NFC np. do płatności zbliżeniowych oraz akumulatora o pojemności 3400 mAh, który powinien wystarczyć na cały dzień pracy.

    Jedynym słabym punktem tej specyfikacji jest nieco za mała ilość pamięci operacyjnej. Zastosowanie 4 GB byłoby tu uzasadnione. Można przyczepić się też do braku wsparcia dla WiFi 5 GHz oraz zastosowania portu microUSB zamiast nowszego USB-C. I to by w sumie było na tyle ze słabych stron.

    Honor 10 Lite to smartfon dla fanów selfie

    Z tyłu ma aparat z matrycą o rozdzielczości 13 megapikseli oraz obiektywem o jasności f/1.8. Jest on wspierany przez sztuczną inteligencję, która sprawia, że niektóre fotografie wyglądają nienaturalnie i… lepiej niż w rzeczywistości. Profesjonalni fotografowie zapewne będą kręcić nosem na ten efekt, ale przeciętny użytkownik Facebooka oraz Instagrama powinien być zadowolony. Jako że tylny aparat jest podwójny, można robić nim zdjęcia z ładnym efektem rozmycia tła.

    Chiński producent jednak rekomenduje swój smartfon zwłaszcza fanom selfie. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ przedni aparat został wyposażony w matrycę o rozdzielczości 24 megapikseli oraz sztuczną inteligencję. Ta ma poprawiać jakość selfie, czyli wygładzać skórę i upiększać użytkownika. Można pokusić się o stwierdzenie, że nakłada nam cyfrowy makijaż.

    Honor 10 Lite - dobry smartfon w dobrej cenie

    Honor 10 Lite zapowiada się, że będzie bardzo udanym smartfonem. Ma mało wad, które przysłania długa lista zalet. Zdziwiłbym się, gdyby model ten nie odniósł w Polsce sukcesu. Tak naprawdę największą, a może nawet jedyną, konkurencją dla niego jest najmocniejszy wariant Xiaomi Redmi Note 5, który ma większy akumulator i 4 GB RAM, ale ma nieco słabszy procesor oraz nie obsługuje płatności zbliżeniowych.

    Jeżeli chcecie kupić Honora 10 Lite, to przez najbliższe dwa tygodnie zrobicie to wyłącznie w sklepach RTV Euro AGD. Dopiero po tym czasie trafi do innych kanałów sprzedaży. My na pewno się jeszcze mu bliżej przyjrzymy, ponieważ zamierzamy go dokładnie przetestować.

    Kup Honor 10 Lite w sklepie RTV Euro AGD.

     

    *Materiał powstał we współpracy z RTV Euro AGD.



    Jedno małe wcięcie w wielkim ekranie, dwa aparaty i trzy kolory do wyboru. Honor 10 Lite kupisz za jedyne 999 zł

    0 0

    Rok 2018 obfitował w premiery aparatów pełnoklatkowych, a „pełna klatka” była odmieniana przez wszystkie przypadki. Czym właściwie jest i dlaczego skupia na sobie takie zainteresowanie?

    Foto-środa to cykl, w którym pokazujemy ciekawostki fotograficzne, podpowiadamy, jak dobrać sprzęt i robić lepsze zdjęcia, a także zdradzamy techniki obróbki oraz obsługi programów do edycji.

    Wraz z rozwojem rynku fotograficznego pojęcia „pełna klatka” powraca jak bumerang. Do niedawna aparaty pełnoklatkowe były bardzo drogie i zarezerwowane tylko dla profesjonalistów, ale od jakiegoś czasu pełna klatka staje się dostępna dla każdego pasjonata fotografii. Nowoczesny aparat z taką matrycą można było niedawno kupić za 3500 zł. Bez cashbacków i promocji na Black Friday podstawowe aparaty tego typu znajdziemy w cenie poniżej 5000 zł.

    Tylko czym właściwie jest pełna klatka? Przypomnijmy sobie trochę technikaliów i sprawdźmy, jak wypada porównanie z mniejsza matrycą APS-C.

    „Pełna klatka” to rozmiar matrycy aparatu. Jest to dokładnie 36 x 24 mm.

    Określenie „pełna klatka” jest nawiązaniem do czasów analogowych, kiedy standardowym rozmiarem filmu fotograficznego był obrazek o wielkości 36 x 24 mm. Taki rozmiar nosił nazwę formatu małoobrazkowego.

    Przez długie lata po przejściu na technikę cyfrową standardem została matryca o znacznie mniejszym rozmiarze, ponieważ stworzenie cyfrowego odpowiednika filmu 36 x 24 mm było zbyt drogie. Z biegiem czasu technika cyfrowa dogoniła analogową, a my możemy cieszyć się matrycą o rozmiarze, który przez długie dekady był standardem w fotografii. To właśnie pełna klatka, czyli cyfrowy odpowiednik formatu małoobrazkowego.

    Warto zauważyć, że matryca pełnoklatkowa ma ponaddwukrotnie większą powierzchnię od popularnego formatu APS-C.

    Mniejszy format matrycy APS-C jest bardzo popularny, ponieważ występuje w przeważającej większości lustrzanek na rynku, a także w bardzo wielu bezlusterkowcach. Ma on wymiary 24 x 16 mm. Jeżeli myślisz o zakupie lustrzanki w cenie do ok. 5 tys. zł, praktycznie na pewno będzie ona miała matrycę APS-C.

    Na rynku jest oczywiście więcej formatów niż wspomniana pełna klatka i APS-C. Ich zestawienie można zobaczyć poniżej.

    rozmiar matryc, pełna klatka, aps-c

    Na tym zestawieniu widać, że matryce smartfonów są nieporównywalnie mniejsze od matryc stosowanych w tradycyjnych aparatach. Każdy kolejny rozmiar daje zauważalny przeskok w jakości zdjęć.

    Co wynika z tych różnic? W czym pełna klatka jest lepsza, a w czym gorsza od mniejszych matryc?

    Można przyjąć założenie, że im większa matryca, tym lepszą jakość obrazu można uzyskać. Piksele na większej matrycy mają zdecydowanie większy rozmiar, a więc na jeden piksel pada o wiele więcej światła. Dzięki temu mamy lepszy stosunek sygnału do szumu. Większa matryca daje mniejsze ziarno na wyższych czułościach ISO, a więc np. w nocy.

    Ponadto większa matryca daje też lepszą rozpiętość tonalną i pozwala na znacznie szerszy zakres edycji zdjęć, szczególnie jeśli fotografujemy w RAW-ach. To najważniejsze cechy matryc pełnoklatkowych.

    Tyle teorii. Zobaczmy, jak te różnice wyglądają w praktyce. Oto zestawienie zdjęć z pełnej klatki i matrycy APS-C.

    Czym jest pełna klatka i jak wypada w porównaniu do APS-C?

    Do porównania wykorzystałem pełnoklatkowy aparat Sony A7 III z obiektywem 50 mm f/1.8 oraz aparat z matrycą APS-C: Sony A6300 z obiektywem 35 mm f/1.8. Oba obiektywy zapewniają niemal identyczny kąt widzenia (o wpływie rozmiaru matrycy na kąt widzenia przeczytasz w kolejnych akapitach).

    Zacznijmy od rzeczy najbardziej oczywistej, czyli szumu.

    Przygotowałem scenkę, którą sfotografowałem na czułości ISO 12800. Jest to typowa czułość stosowana w zdjęciach nocnych. Zobaczmy, jak wypada porównanie. Po lewej stronie znajduje się zdjęcie z aparatu pełnoklatkowego, po prawej z APS-C.

    Na miniaturce w rozmiarze internetowym różnice nie są duże, ale wystarczy powiększyć zdjęcia na pełen ekran by zobaczyć dramatyczne różnice. Na powiększeniu kadru widać wyraźnie, o ile lepszą jakość obrazu daje pełna klatka. Czułości rzędu ISO 12800 na pełnej klatce są całkowicie użyteczne, kiedy w APS-C z reguły lepiej nie wychodzić ponad ISO 3200.

    Drugą najbardziej widoczną różnicą jest potencjał w rozmywaniu tła.

    Zasadniczo im większa matryca, tym łatwiej można uzyskać rozmyte tło. W moim porównaniu wykorzystuję dwa obiektywy o tym samym kącie widzenia i o takim samym świetle f/1.8. Zobaczcie, jak duże różnice w rozmyciu tła można uzyskać za ich pomocą.

    Jak widać, na zdjęciu z pełnej klatki (na dole) okręgi bokeh są znacznie większe. Tło jest rozmyte w zauważalnie większym stopniu.

    Przekłada się to w prostej linii na mityczną plastykę zdjęcia. To pojęcie nie lubiane przez część fotografów, czasami uznawane za czystą ezoterykę, bo przecież nie da się zdefiniować plastyki. Niemniej jednak aparatem pełnoklatkowym łatwiej jest zrobić obrazek, który ma w sobie to coś. Pełnoklatkowe obiektywy na ogół po prostu rysują ładniej, a do tego dochodzi większe rozmycie tła. Starałem się to zilustrować na poniższych zdjęciach.

    Skoro pełna klatka jest lepsza od APS-C, może warto zainteresować się jeszcze większymi matrycami?

    Faktem jest, że większa matryca pozwala na zrobienie zdjęć lepszej jakości. Faktem jest również, że są na rynku aparaty z matrycami większymi od pełnej klatki. Tzw. średni format znajdziemy w ofercie firm Fujifilm i Leica.

    Są to jednak aparaty zdecydowanie większe od pełnoklatkowych konstrukcji. Z tego względu świetnie nadają się do pracy w studiu albo w kontrolowanym plenerze, ale raczej nie stosuje się ich w reportażu, fotografii ulicznej, sporcie, czy innych dziedzinach wymagających mobilności i szybkości. Średni format to typowe narzędzie portrecistów, zwłaszcza pracujących komercyjnie dla dużych wydawnictw.

    Na zdjęciu powyżej widać Fujifilm GFX 50R - najmniejszy na rynku aparat średnioformatowy - i Sony A7 III, czyli jeden z najmniejszych aparatów pełnoklatkowych. Na ten moment pełna klatka jest w mojej opinii złotym środkiem, choć niektórzy uznają, że już ten format jest nieco za duży do codziennej fotografii. Każdemu według potrzeb.

    Szalenie istotną kwestią są obiektywy.

    Co do zasady, większy format matrycy wymaga większych obiektywów. Pole obrazowania obiektywu musi pokryć większy sensor, więc optyka musi mieć większą średnicę. Przekłada się to także na wagę, jak i cenę. Obiektywy pełnoklatkowe są z reguły znacznie większe, cięższe i droższe od szkieł projektowanych do matryc APS-C.

    Niestety podłączenie taniego obiektywu APS-C pod pełną klatkę mija się z celem. Tylko zobaczcie, jakie efekt to generuje.

    Obiektyw nie pokrywa całego pola matrycy, przez co obraz wygląda jakby był fotografowany przez lunetę. Można co prawda wyciąć środek zdjęcia i go wykorzystać (niektóre aparaty pełnoklatkowe pozwalają przełączyć się w tryb APS-C), ale wiąże się to z mocnym spadkiem rozdzielczości. Poza tym jest to po prostu marnotrawstwo dużego sensora.

    A co oznacza crop i jaki ma wpływ na kąt widzenia obiektywu?

    Z obiektywami wiąże się jeszcze jedno zagadnienie, a mianowicie „crop factor” lub mnożnik ogniskowych. Matryca APS-C ma mnożnik wynoszący najcześciej x1,5 (x1,6 w Canonie). To oznacza, że obiektywy dają na niej taki kąt widzenia, jakby miały ogniskową większą o 1,5x.

    Najlepiej zilustrować to na przykładzie. Standardowym obiektywem dla pełnej klatki jest 50 mm, ale jeśli podłączymy do aparatu APS-C obiektyw 50 mm, uzyskamy węższy kąt widzenia. Aby uzyskać kąt widzenia jak z pełnej klatki, trzeba podłączyć do aparatu APS-C obiektyw z ogniskową 35 mm, ponieważ daje on ekwiwalent dokładnie 52,5 mm (35*1,5 = 52,5).

    To samo dotyczy obiektywów zmiennoogniskowych. Typowym zoomem pełnoklatkowym jest obiektyw 24-70 mm. Zbliżony kąt widzenia na APS-C zapewni obiektyw 16-50 mm.

    Co ważne, tyczy się to wszystkich obiektywów. Jeżeli do aparatu APS-C podłączymy pełnoklatkowy obiektyw 50 mm, da on taki sam kąt widzenia jak obiektyw 50 mm projektowany pod matrycę APS-C. W drugą stronę ta operacja się nie powiedzie, bo obiektyw APS-C na pełnej klatce wywoła ogromną winietę, którą pokazałem wcześniej.

    Czy pełna klatka zawsze jest lepsza od APS-C?

    Czym jest pełna klatka i jak wypada w porównaniu do APS-C?

    Zdecydowanie nie. Są dziedziny, w których jakość obrazu schodzi na drugi plan, a aparaty APS-C sprawdzają się lepiej. Jedną z nich jest fotografia turystyczna lub podróżnicza, ponieważ format APS-C zajmuje mniej miejsca, jest lżejszy i bardziej dyskretny. Widać to tym bardziej, im więcej obiektywów mamy w torbie foto.

    APS-C z reguły sprawdza się też lepiej w fotografii makro, gdzie papierowa głębia ostrości najcześciej przeszkadza, zamiast pomagać. Z tego względu większa głębia ostrości z matrycy APS-C sprawdzi się lepiej.

    Format APS-C błyszczy też w sytuacjach, kiedy potrzeba użyć jak najdłuższych ogniskowych, czyli np. w fotografii dzikiej przyrody, lotniczej, a czasami też sportowej. W związku z tym, że matryca APS-C implikuje tzw. mnożnik ogniskowej, obiektywy zachowują się tak, jakby miały dłuższą ogniskową. Jeżeli na pełnej klatce potrzebny jest obiektyw 300 mm, na APS-C wystarczy sporo tańszy 200 mm.

    Ponadto format APS-C jest po prostu tańszy, więc jest naturalnym wyborem początkujących fotografów. Na szczęście ceny pełnych klatek zaczynają topnieć. Owszem, najnowsze konstrukcje potrafią być piekielnie drogie, ale poprzednie generacje aparatów tanieją do poziomu 3500 - 5000 zł, a to kwota, którą może wydać wielu pasjonatów fotografii.



    Foto-środa: czym jest pełna klatka i jak wypada w porównaniu do APS-C?

    0 0

    Ok, Google – opowiedz mi o przyszłości.

    Na początku było słowo. Ten biblijny cytat jak nigdy wcześniej pasuje do opisu rozwoju współczesnej technologii i rewolucji, która de facto jest zatoczeniem ewolucyjnego koła. Na początku było słowo, a dziś ponownie staje ono na pierwszym miejscu.

    Twórca literackiego gatunku cyberpunk, William Gibson, powiedział, że „przyszłość jest teraz, tylko nierówno rozłożona”. Trudniej o bardziej trafne podsumowanie dotychczasowej sytuacji z dostępnością asystentów głosowych na naszym rynku. Dzisiejsze uruchomienie Asystenta w języku polskim jest znacznie ważniejszym wydarzeniem niż można by przypuszczać po ubogiej funkcjonalności. To swoisty koniec cyfrowego wykluczenia z rewolucji.

    https://www.youtube.com/watch?v=vi5fvMZu0Ko

    Przyszłość jest głosem.

    Tak ją sobie wyobrażaliśmy i w tym kierunku podąża technologiczna ewolucja. Nieważne, czy mówimy o Star Treku, Jetsonach czy innym dziele science-fiction, interakcje głosowe są tam podstawą korzystania z technologii. Już pół wieku temu z komputerami chcieliśmy rozmawiać w sposób tak naturalny, jak między sobą.

    Dziś jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek do zrealizowania tej wizji. Na początku tego roku Google ogłosił, że wkrótce Asystent dostępny będzie na miliardzie urządzeń. To w większości smartfony, oczywiście, ale tylko w ubiegłym roku pojawiło się również 10 tys. sprzętów kompatybilnych z Asystentem. Rok to roku to wzrost o 600 proc. (sic!). A przecież na tegorocznych targach CES największą kategorią produktową były właśnie urządzenia wyposażone w Asystenta Google – inteligentne głośniki, ekrany, wyświetlacze e-ink przypinane do lodówki, nawet sprzęty AGD! O słuchawkach i samochodach nie wspominając.

    Główny rywal Google’a na tym polu – Amazon – zaprezentował wcale nie mniej imponujące liczby. Alexa jest dostępna już na 100 milionach urządzeń. Alexa jest obecna w 150 urządzeniach natywnie i kompatybilna z ponad 28 tys. sprzętów produkowanych przez 4500 producentów.

    I nie myślcie, że asystenci to tylko zabawki dla geeków. Wprost przeciwnie – Amazon Echo (w różnych wersjach) był najpopularniejszym gadżetem sprzedawanym w największym sklepie świata w okresie przedświątecznym. Wybaczcie, ale na świecie nie ma aż tylu nerdów, żeby tak podbić statystykę. Alexę po prostu chcą mieć w domach zwykli ludzie.

    2019 to rok, w którym asystenci głosowi zaczną być dosłownie wszędzie.

    Po targach CES 2019 nie mam wątpliwości, że ciężar internetu kolejny raz przesuwa się na inny typ urządzeń. Tak jak kilka lat temu przeniósł się z komputerów osobistych na smartfony, tak obecnie obserwujemy stopniowe, ale nieuchronne przeniesienie ruchu internetowego na… głos.

    Asystent głosowy w telefonie jest marginalnie praktyczny. Niemal wszystko można zrobić szybciej i wygodniej dotykając ekranu. Ale w domu? W telewizorze, lodówce, inteligentnym głośniku? W samochodzie? Obecność asystentów otwiera zupełnie nowe możliwości interakcji.

    Nie trzeba już szukać telefonu, żeby uzyskać odpowiedź na pytanie. Nie trzeba biec do komputera, żeby odpisać na maila. Nie trzeba ruszać się z miejsca, żeby sterować urządzeniami w mieszkaniu. Z czasem, w miarę jak technologia się rozwinie i asystenci staną się bardziej proaktywni, tych możliwości będzie coraz więcej.

    To oznacza też gigantyczne zmiany dla internetowego „zaplecza”, czyli twórców treści. Przede wszystkim – jak przygotować informację, żeby trafiła do odbiorcy? Na komputerze czy telefonie po wpisaniu zapytania w wyszukiwarkę dostajemy długą listę wyników i sami możemy sobie wybrać, z którego źródła skorzystamy. W asystencie głosowym ten proces wyboru będzie podejmowany za nas. I wydawcy mediów będą się musieli nieźle natrudzić, by wygrać ten wyścig o bycie pierwszym. Oznacza to też, ni mniej, ni więcej, kompletną zmianę reguł, jakimi rządzi się SEO – w końcu głosem zadajemy pytanie zupełnie inaczej niż robimy to wpisując tekst w wyszukiwarkę.

    • Wyszukiwarka: Pogoda Warszawa
    • Asystent: Jaka dziś pogoda?

    Widzicie różnicę? Wyszukiwanie w oparciu o słowa kluczowe nie sprawdzi się równie dobrze w interakcji głosowej, bo nie tak mówimy na co dzień. Teraz nie tylko asystenci głosowi będą musieli rozumieć mowę naturalną – będzie ją musiała rozumieć także wyszukiwarka i dostawcy treści.

    W ostatnich latach widać też subtelny, ale istotny wzrost treści tworzonych stricte pod głos. Liczba podcastów na świecie i w Polsce rośnie w niespotykanym dotąd tempie. Podczas gdy sprzedaż książek elektronicznych na całym świecie spada lub stoi w miejscu, audiobooki rosną rok do roku.

    Interakcja głosowa to powrót do korzeni cywilizacji.

    Jeśli na moment zapomnimy o tym, z jak wyrafinowaną technologią mamy do czynienia, można sobie uświadomić, że rosnąca popularność interakcji głosowych z maszynami jest czymś najzupełniej naturalnym. W dosłownym tego słowa znaczeniu.

    Głos, mowa, słuch – to najbardziej podstawowe, pierwotne metody interakcji. Pierwotna wiedza nie była zapisywana w księgach, lecz przekazywana z ust do ust. Pierwotną rozrywką były werbalne opowieści, przynoszone przez wędrownych pieśniarzy. Pierwotny dostęp do informacji odbywał się przez interakcję głosową. Teraz w końcu możemy do tego wrócić, nie tracąc jednocześnie dostępu do wszechwiedzy zgromadzonej na przestrzeni tysiącleci w postaci analogowych i cyfrowych nośników.

    Choć przez lata wyćwiczyliśmy się w korzystaniu z technologii, dotykanie smartfona czy wpisywanie zapytań na klawiaturze nie jest dla człowieka naturalną formą interakcji. Co innego głos – nasza podstawowa, pierwotna metoda komunikacji międzyludzkiej. Bardziej naturalne jest zapytanie Asystenta, jaka jest pogoda niż sprawdzenie tej samej informacji na ekranie telefonu.

    Cała wiedza tego świata, dostępna na jedno zapytanie. No czy to nie jest ekscytująca perspektywa?

    Polska w końcu dołącza do rewolucji.

    W ciągu najbliższych tygodni Asystent Google rozgości się na smartfonach milionów Polaków. Z początku niewiele to zmieni; Google Assistant w języku polskim potrafi dziś naprawdę niewiele, często się myli i lepiej idzie mu opowiadanie suchych żartów niż udzielanie użytecznych informacji.

    https://www.youtube.com/watch?v=6J42D_n6aJw

    Ważne jest jednak to, że od dziś zacznie być karmiony setkami tysięcy interakcji, dzięki którym będzie mógł lepiej poznać język, jakiego używamy na co dzień.

    Jeszcze bardziej istotny jest fakt, że wraz premierą Asystenta startuje także polska wersja platformy Actions on Google. Teraz każdy programista będzie mógł stworzyć swoją „akcję”, czyli aplikację na asystenta głosowego. Nie mam wątpliwości, że wkrótce do Play i eSky, którzy stworzyli swoje akcje jako pierwsi, dołączą masowo kolejne instytucje. A Asystent Google’a tym samym będzie zyskiwał nowe możliwości i stawał się coraz bardziej użyteczny.

    Z tego powodu, choć Asystent Google’a w telefonie na ten moment do niczego mi się nie przydaje, cieszę się, że w końcu zadebiutował w Polsce. Niewątpliwie Google będzie miał do wykonania ogromną pracę u podstaw. W końcu zwykli Polacy, którzy nie czytają portali technologicznych i nie śledzą nowinek, mają pełne prawo nie wiedzieć, co to jest i jak działa Asystent. Jakby nie patrzeć, pierwsze lata istnienia asystentów głosowych ominęły Polskę szerokim łukiem, więc Polak ma prawo kojarzyć asystenta raczej „z tym czymś na iPhonie, co ciągle nie działa” niż z użyteczną technologią.

    Wkrótce na naszym rynku zacznie się też pojawiać coraz więcej urządzeń kompatybilnych z Asystentem Google’a. To może pociągnąć za sobą całą spiralę zdarzeń: ktoś, kto kupi inteligentny głośnik, może np. poczuć większą chęć zakupu akcesoriów smart home, by móc nimi sterować z poziomu stojącego w mieszkaniu głośnika. Potencjał jest ogromny.

    Po cichutku liczę też na to, że wejście Google Assistant do Polski nieco szturchnie Amazon, którego Alexa – przypomnijmy – jest przecież tworzona nad Wisłą. A mimo tego nadal nie mówi naszym językiem.

    Dzisiejszy poranek jest dokładnie taki sam, jak każdy inny. Premiera Asystenta Google nie sprawiła, że dziś nagle cały świat zmienił barwy, a Polacy zaczęli masowo gadać do swoich telefonów. Jednak w perspektywie kilku lat ta premiera ma szansę kompletnie zmienić sposób, w jaki korzystamy z technologii i pozyskujemy informacje. To początek rewolucji. I cieszę się, że Polska w końcu przestała być z niej wykluczona.



    OK, Google, opowiedz mi o przyszłości. „Przyszłość jest teraz, tylko nierówno rozłożona”